Wegetacja i wielkie zmiany

No i znowu nie było mnie kawał czasu. Miał pisać częściej, a na stronie przeciąg jak w starej stodole. No cóż… chciałbym napisać że nie miałem czasu ale to marne wytłumaczenie. Już bardziej sensownie brzmi fakt, że nie miałem za bardzo o czym pisać. Od wiosny miałem dosyć poważny przestój i bardzo rzadko gościłem w warsztacie. Poza tym sezon letni jakoś nie zachęca do siedzenia w piwnicy z patykami. Czy ja się tłumaczę? Hm… bynajmniej nie mam zamiaru. Mimo to chciałbym krótko opowiedzieć co takiego ostatnio miało miejsce w moim życiu (pieprzony exhibicjonista).

Możliwe, że z poprzednich wpisów wiesz, że kupę czasu spędzam przy komputerze, to moja praca. Rano wstaję z łóżka zakładam papucze wykonuję 15 kroków w stronę komputera. Odpalam machinę i naliczam kolejne dupogodziny. Tak, pracuję zdalnie. Powiesz, że praca marzeń? Też tak myślałem…
Żeby nie było… lubię komputer, lubię pracę przy komputerze, w końcu taki zawód sobie wybrałem. Z czasem jednak poczułem ogromny dyskomfort fizyczny i psychiczny. Roślina w doniczce, którą czasem wystawia się na balkon to dobre porównanie. Najgorsze było chyba to, że nie miałem obok innych roślinek. Zdalna praca przy komputerze ma to do siebie, że brakuje bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Brakowało mi ludzi, którym  mógłbym poopowiedać debilne kawały, brakowało mi też „rzeczywistej” fizycznej pracy. Chyba już taki jestem, że muszę ciągle w czymś dłubać…nos niestety już odpada. Wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić…nie wiedziałem tylko kiedy i jak. Czułem,że prawdziwe życie ucieka mi miedzy palcami.  Kryzys się pogłębiał, a na horyzoncie pojawiła się dodatkowa atrakcja – wesele (moje rzecz jasna).

Wesele jak to wesele, wielkie zmiany i dużo przygotowań. Super sprawa, ale szczerze…pierwszy i ostatni raz. Głowa boli od ilości pierdół do załatwienia i zapłacenia. Między innymi z tego też powodu nie było czasu na łuki. Ostatecznie nie zmieniłem tylko stanu cywilnego, ale także miejsce zamieszkania. Ah, te nieprzespane noce… żona czy warsztat… warsztat czy żona… warsztat i żona… tylko jak? (pozdrawiam kochanie! :D ) Na dodatek przeprowadzać się do miasta??? Gdzie bedę strzelał? Na trzepaku? Przecież wszystkie oblegane są przez dzieci. Trochę obawiałem się o przyszłość mojej pasji, ale jak zwykle udało się wypracować całkiem przyjemny kompromis. Nie mam warsztatu i wynajmuję mieszkanie ale… nie w mieście, a na obrzeżach, do domowego warszatu mam zaledwie 15km, a nasza kamieniczka ma pokaźny ogród. Kiedy byliśmy oglądać mieszkanie i zobaczyłem ogród już chciałem wykręcać z palca krew i podpisywać cyrograf… ze 30m, istna strzelnica. Wiedziałem, że nic lepszego nie znajdę. Dodatkowo mam bliżej do indiańskiej wioski Mato gdzie razem z Kikanem sporo działamy.  Przy okazji wesela postanowiłem, że bedzie to dobry moment na zmiany w pracy. Jak już zmieniać to wszystko za jednym zamachem.

Tutaj kwestia nie była już tak prosta. Pierwsze z czego musiałem zrezygnować to całkiem przyjemne zarobki. Nie było to szczególnie trudne. Zawsze powtarzalem, że lepiej być trochę biedniejszym, ale szczęśliwszym. Dobra, dobra… ale teraz trzeba płacić za chałupę, za prąd, za wodę, za gaz, za internet… Pewnym było, że potrzebowałem stałych zarobków. Możecie sobie darować komentarze typu: „dlaczego nie założysz własnej firmy, masz świetne warunki i pomysł na biznes łuczniczy”. Ależ oczywiście, że mam śwetny pomysł i warunki, ale nie w Polsce, wybitnie nieprzyjaznym kraju dla małych przedsiębiorstw. Ten chory kraj nie pozwala człowiekowi godnie zarabiać na własny rachunek. Szkoda w ogóle gadać bo temat oklepany, a ja już nie raz kombinowałem jak zgodnie z prawem założyć firmę, nie zbankrutować, ba… nawet się z niej utrzymać. Nie da się bez kombinatorstwa. Co ciekawe powstały już dwa amatorskie biznesplany, jeden jeszcze za czasów mojego liceum albo nawet gimnazjum, drugi na studiach żony. Oba cieszyły się całkiem sporym zainteresowaniem ;) Rzemiosło łucznicze samo w sobie nie jest idealnym biznesem. Łuki klejone owszem, ale naturalne to już problem. Trudno o stały dostęp do surowca odpowiedniej jakości. Trzeba szukać okazji, żeby znaleźć dobry materiał, a nie na tym biznes polega. Dobrym wyjściem jest eksport na zachód, ale póki co nie chcę się w to angażować. Poza tym wydaje mi się, że kiedy nie traktuję łuków jako pracy zarobkowej, czerpię z tego o wiele większą przyjemność. Mogę bez pośpiechu i stresu bawić się z drewnem.

_mg_5639-1

Dużo tekstu bez zdjęć to kiepski pomysł. Coś trzeba wrzucić, a skoro już o mnie mowa… w tym roku wziąłem udział w pierwszym turnieju i wyszło całkiem fajnie :)

Tak więc własna działalność jako źródło stałego dochodu odpada. Może poszukać nowej pracy? Jako grafik komputerowy? Okolica nie obfituje w ciekawe propozycje na tych stanowiskach. No i nadal będę siedział 8 godzin przy komputerze, no może czasem pogadam z klientem, pobawię się drukarką albo tym co wypluje. No i te durne kalendarze dla firm… ogłupiałbym całkiem  szybko. Zawsze marzyłem o pracy jako koncept artysta przy grach komputerowych, ale chyba za późno żeby tworzyć portfolio. Długo myśałem co tu zrobić, aż pewnego dnia mnie oświeciło. Połowa etatu! Idealny środek. Jest stały dochód i sporo wolnego czasu na inne zajęcia. Długo zbierałem się do rozmowy z szefem. Tworzymy mała dwuosobową firmę, więc nasze stosunki są bardziej koleżeńskie. Każdemu polecam takiego szefa, zero stresu, wszystko jasne, brak korporacyjnych cyrków ( Michael, jeśli czytasz to pozdrawiam i dziękuję :) ) Choć tu może być problem w postaci bariery językowej…ah zapomniałem powiedzieć, że nie pracuje w polskiej firmie (w tym miejscu pozdrowienia dla naszego rządu). Bałem się, że jak usłyszy o moim pomyśle to powie 8 godzin albo w ogóle i klops. Spotkałem się jednak z pełnym zrozumieniem, za co jestem bardzo wdzięczny. Pierwszy tydzień miał być próbny, no i okazało się, że w sumie jemu też tak bardziej pasuje. Udało się! Kolejny złoty środek! Są stałe zarobki, jest czas na pracę fizyczną i moją pasję. W wolnych chwilach podajemuję się różnych zajęć, czasem siedzę z młotkiem na dachu, czasem renowacja mebli (dzieki Kikan). I powiem Wam, kiedy tak wbijam te gwoździe na dachu, ani razu nie pomyśłem: „czlowiek studiował przez 5 lat żeby teraz w zimnie młotkiem trzaskać”. Tam na tym dachu czuję, że żyję :) Są ludzie, którym jest komfortowo cały dzień za biurkiem, ja chyba do nich nie należę.

Tak by to w skrócie wyglądało. W efekcie mam mniej kasy, jestem bardziej zalatany, a przede wszystkim szczęśliwszy. O to chyba chodziło :) Po co o tym wszystkim piszę? Nie wiem, może to trend obecnej generacji, który wzbudza niepohamowane pragnienie upubliczniania się w sieci. Może mam nadzieję, że ktoś z Was też ma podobne problemy egzystencjalne i wyciągnie jakaś lekcję (złoty środek! – sprawdza się w każdej dziedzinie). A może poprostu chiałbym nawiązać większą wieź z Wami. Bo okazuje się, że ktoś to czyta i nawet czeka na kolejne wpisy (dziękuję i pozdrawiam Wiola).

W związku z tym, że teraz mam nieco więcej czasu postaram się przygotować jakieś sensowne artykuły o rzemiośle. Idzie zima, a zima to długie wieczory, a długie wieczory to czas na łuki ;) Chiałbym także poszerzyć moją stronę o nowy dział, który nie będzie scricte o łukach, ale o naturze, wyprawach, obozowaniu… czyli o tym co misie lubią najbardziej  :)

Pozdrawiam!
Tomek

10 Comments

  1. Super tekst, i w pełni rozumie chęć pracowania nie koniecznie za biurkiem. Sam skończyłem historie, a biegam po dachach może nie z młotkiem ale jestem zadowolony z tego co robię. Czekam na kolejne wpisy. Pozdrawiam

  2. No Bolik! Muszę przyznać że pierwszy raz ‚Cię’ czytam i powiem szczerze że to całkiem przyjemne doświadczenie! 😉 Zwłaszcza, ze teraz przy moim małym bobasku raczej wybieram sen niż jakakolwiek lekture 😉 A tak mi się podczas czytania nasuneła myśl, ale my się zmieniliśmy z biegiem lat…😊 pozdrawiam i też czekam na kolejne wpisy 😊😊

    • W takim razie jest mi bardzo miło :)
      Ano zmieniliśmy się. Każdy poszedł w swoją stronę i tworzy swoją historię. Ostatnio też tak patrzyłem na zdjęcia znajomych z dawnych lat i nawet po oczach widać, że to inni ludzie. Zawsze przypomina się lekcja z WOSu gdzie było mówione, że nie identyfikujemy się z samym sobą sprzed wielu lat bo byliśmy zupełnie kimś innym… to pewnie ma jakąś fachową nazwę. Coś w tym jest :)

  3. Ta wspomniana już wcześniej "żona" :D

    10 listopada 2016 at 20:13

    i przynajmniej już nie słucham jak to mi marniejesz przy tym komputerze i marnujesz swój talent !( bo taki „skromny” też bywasz :) :) :) ) łohoho, a nowy dział o podróżach i biwakowaniu -to już chyba stracę męża na rzecz National Geographic, bo za Szwarnymi Synkami ciężko nadążyć ;)

  4. Lepiej pomyśl kiedy znajdziesz czas na posprzątanie stodoły, bo nie ma miejsca na moje kije do winogron! :)

  5. Blog „wypominek rodzinnych” (taki żarciki) ;) Dziękuję za pozdrowienia, pozdrawiam również. Szef marzenie, żona wymarzona,hobby marzenie…oby tak dalej. Serdeczności !!

  6. Widzę, że Twoje życie się sporo zmieniło a jednak Ty wiele się nie zmieniłeś;) Pozdrawiam Dominik ze studiów :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Tomasz Bolik

Theme by Anders NorenUp ↑